Jezioro Szkoderskie - w dużej części otoczone górami było bardzo kapryśne. To cisza, to burza, to wiat i fale... Na jedynym kempingu na którym zatrzymaliśmy się w Albanii spędziliśmy wspaniałe chwile.
Na kempingu doborowe towarzystwo: Gospodarze dziewczyna z Anglii i Albańczyk, jacyś Niemcy z landrowerem i namiotem dachowym i dziadek na rowerze, który przyjechał tam z Austrii...
Na kempingu mamy praktycznie wszystko co nam trzeba, jest nawet Internet. Mamy możliwość aby przeglądnąć dalszą trasę i zaplanować co chcielibyśmy jeszcze zobaczyć i jakimi drogami jechać. Doczytujemy jeszcze o Górach Przeklętych, aby skonfrontować opinię miejscowych dotyczącą drogi. Dzieci mają chwilę aby też coś poklikać...
Kolejnego dnia gdzieś w środku nocy dotarliśmy do miejscowości Koman gdzie usytuowana jest potężna zapora wodna. Miejscowość to dosłownie kilkanaście domków i elektrownia wodna. Miał być tam kemping i był ale na nim nikogo nie było jedynie ciemność, więc na nocleg zatrzymaliśmy się na dziko. Rano miejscowi byli zaskoczenie widząc rodzinę podróżującą takim zestawem. Pytaliśmy czy nadal pływają promy, które zabierają również samochody lecz odpowiedzi były niejasne.
Płyniemy przez jezioro zaporowe, widoki piękne lecz pomimo ładnej pogody silny wiatr dawał się we znaki. Miłosz był trochę spięty w obecności pana, którego nie mógł zrozumieć...
Kiedy dotarliśmy do portu nieopodal zapory, okazało się że promy pływają lecz jedynie pasażerskie i mogą zabrać maksymalnie skuter, ale busa z przyczepą kempingową absolutnie nie. Dlatego wynajęliśmy łódź motorową aby udać się w górę jeziora zaporowego...
GPS pokazał do Kukes ponad 100 km, droga była nie najlepsza, rzadko kiedy mogłem wrzucić trzeci czy czwarty bieg. W jakiejś małej miejscowości kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę zapytałem o drogą którą pokazała bezduszna maszyna miejscowi odpowiedzieli "no asfalt" i było wszystko jasne. Wiedziałem, że na przejechanie tego dystansu z naszym zestawem może braknąć całego dnia.
Na szczęście miejscowi skierowali nas na drogę, która wiodła przez piękne góry. Na początku zapowiadała się rewelacyjnie. Nowa nawierzchnia i wspaniałe widoki to nas cieszyło. Przemierzaliśmy mozolnie półkami skalnymi wspaniałą krainę mijając od czasu do czasu małe wioski.
Czas płynął szybko, kierowaliśmy się na północ czyli w dobrym kierunku lecz miałem obawę, że ta droga może się skończyć, kiedy podjazdy zaczęły się robić bardzo strome i na serpentynach brakowało dwójki. W jednej z wiosek jadący z przeciwka samochód zajechał nam drogę i wymusił zatrzymanie na ostrym podjeździe. Z ruszeniem było ciężko, pomimo tego, że droga była sucha i asfaltowa przy ruszaniu piszczały koła a samochód nie mógł się rozpędzić. Postanowiłem że cofnę sto może dwieście metrów do miejsca o mniejszym nachyleniu. Wszystko to widzieli miejscowi spędzający beztrosko czas w zacienionym obrębie sklepobaru. Kiedy zacząłem cofać wybiegli na drogę zaczęli pchać przyczepę krzycząc go! go! Pomogło, przypalając lekko sprzęgło ruszyliśmy. Najciekawsze było to, że dzieciaki z fotelików wypatrzyły osiołka i jakoś to nie dotyczyło ich to że nie możemy ruszyć.
Kukes - miałem wrażenie że nie jesteśmy już w Europie...
W Kukes zrobiliśmy tylko zakupy przedzierając się przez sterty śmieci. Miasteczko położone wśród gór powinno mieć swoistą atmosferę a ono jedynie odstraszało.
Korab - 2764 m n.p.m. gdzieś tam jest, a może powinniśmy na niego wejść, albo wjechać na koniku. Dzieci mogły siąść na konia, jednak koń okazał się jedynym środkiem transportu zaopatrzenia dla pewnie niejednej rodziny żyjącej w tych górach.
W przewodniku coś czytamy że ma być remont czy przebudowa drogi, ale lepiej samochodem bez napędu na wszystkie koła się tam nie wybierać. A my turlamy się całym zestawem zatrzymując się to tu to tam i nawet dajemy radę na podjazdach.
Jesteśmy w Albanii, jedziemy drogami głównymi a sprawiają wrażenie że mogą się zamienić w gruntowe a nawet czasem skończyć.GPS pokazuje główną trasę a miejscowi na to "no asfalt" kierują nas gdzieś przez jakieś góry ale podobno ma być asfalt...
Na każdym kroku takie mercedesy busy, Peszkopi było pełne ich to mogło znaczyć tylko jedno muszą być tragiczne drogi. W wielu miejscach na świecie gdzie nie ma dobrych dróg spotykałem takie samochody.
Rzeź niewiniątek i to tak na ulicy, poza tym że polało się trochę krwi miejscowi byli chętni do rozmowy. Pan ze sztuką jeszcze ciepłego mięsa mile się uśmiechał i usilnie próbował komunikować się z nami.